„Podróże Guliwera”

Według tej mapy, znak po znaku,
Mój okręt odnajdywał skróty.
Zwiedziłem ziemie Brobdingnagu
I nie minąłem wysp Laputy.

Czesław Miłosz „Do Jonathana Swifta”

26 listopada klasa 5 wybrała się do Teatru Polskiego, by obejrzeć adaptację powieści J. Swifta „Podróże Guliwera” w reżyserii J. Kiljana. Dodatkową atrakcją miał przejazd nową linią metra M2.

Już w drodze do teatru wszyscy zastanawiali się, w jaki sposób reżyser pokaże Guliwera – olbrzyma w świecie liliputów i Guliwera karzełka w świecie wielkoludów. Wszystko wyjaśniło się już po pięciu minutach sztuki. Z miejsc w lożach doskonale widać było, że nie jest to tradycyjne przedstawienie teatralne. Owszem, aktorzy występowali na scenami, ale mieli do swojej dyspozycji niewielkie, przenośne kamery, które od razu wyświetlały obraz na gigantycznym ekranie w głębi sceny.

W pierwszym akcie – aktor grający rolę Guliwera mówił do kamery i jego zwielokrotniona twarz pojawiała się na ekranie. Do niej grali aktorzy odtwarzający rolę mieszkańców Laputy. Guliwer był wielki, oni pięć razy mniejsi. Kamery umieszczone były również wewnątrz dekoracji, więc gdy aktor zaglądał na przykład do królewskiego pałacu – wydawało się, że naprawdę jest gigantyczny.

W akcie drugim – odwrócono postępowanie. Teraz aktorzy grający mieszkańców Brobdingnagu wygłaszali kwestie do kamery i widać ich było na ekranie w głębi sceny, a aktor – Guliwer występował tylko na scenie. Najzabawniej było, gdy aktorzy zeszli z przenośną kamerę do widowni i dzieci siedzące w pierwszych rzędach mogły widzieć siebie na wielkim ekranie.

Chociaż tekst powstał ponad trzysta lat temu, poruszył aktualne i dziś problemy – bezsens wojen, przemoc, chęć zdobycia władzy i jak najdłuższego utrzymania się na jej szczycie.

Reklamy